• Wpisów: 355
  • Średnio co: 4 dni
  • Ostatni wpis: 2 lata temu, 12:21
  • Licznik odwiedzin: 28 410 / 1436 dni
 
trueloovestory
 
Liczę każde wgłębienie zdobiące ścianę mojej więziennej celi. Mur, który odgradza mnie od świata. Mnie i resztę mojej rodziny. Brązowe loki opadają mi na plecy, kiedy wstaję i podchodzę do małego okienka. Moją twarz witają promyki jesiennego słońca. Tak długo siedzę w zamknięciu, że powoli tracę wiarę, że kiedykolwiek powitam blask słońca z poza murów tego więzienia. Sześć miesięcy.
Rozkoszuję się ciepłem, które rozchodzi się po mojej twarzy, kiedy słyszę kroki. Odwracam głowę właśnie w momencie, kiedy do celi wparowuje dwóch uzbrojonych po zęby strażników. Serce zaczyna mi walić w piersi jak oszalałe. Czyli naszedł dzień egzekucji jednej z Buntowniczek. Prychnęłam. Strażnicy napierają na mnie i łapią za ręce tak mocno, że jeszcze trochę, a odetną mi dopływ krwi do tych kończyn. Zaczynam się szarpać. Oni jednak są silniejsi. Coś we mnie zaczyna buzować. Kilkakrotnie nawoływałam tą moją wewnętrzną "siłę". Czuję lekkie mrowienie, kiedy przytrzymuję ją w sobie. Nie mogą wiedzieć z kim, a raczej z czym mają do czynienia.
Na moje nadgarstki zakładają kajdanki na długich łańcuchach. Uśmiecham się w duchu, na myśl, że tak boją się siedemnastoletniej dziewczyny. Pociągają na łańcuchy tak brutalnie i niespodziewanie, że niemal tracę równowagę. Ciągną mnie przed korytarze, a ja nie stawiam oporu. Na razie. Przyglądam się twarzom innych więźniów. Niektórzy się śmieją, inni patrzą na mnie ze współczuciem. Myślę o bracie, matce i ojcu, którzy już na mnie czekają.  
Nawet nie wiem kiedy dobrze mi znane śmierdzące wilgocią korytarze się kończą. Strażnicy podchodzą do wielkich drzwi z mahoniowego drewna. Pukają kilka razy, wystukując jakiś nieznany dla mnie rytm i po chwili wchodzimy do środka.
Znowu zaczynam się szarpać. Kajdanki wrzynają mi się boleśnie w ręce, a strażnicy ciągną mnie do przodu. Czuję jak na nadgarstkach formują mi się malutkie siniaki. Coś jest nie tak. Bardzo nie tak.
- Co się dzieję? - pytam mężczyzn. Spoglądają na mnie ostro, a potem ich wzrok błądzi w stronę dwóch olbrzymich okien, które zakrywają pół ściany. Dlaczego ich wcześniej nie zauważyłam?!
- Co się ... - urywam w pół zdania, kiedy drzwi znajdujące się po prawej stronie pokoju otwierają się. Do pokoju wchodzi młody mężczyzna. Staje na przeciwko mnie i dumnie zwraca twarz w moją stronę. Otwieram szeroko oczy z niedowierzania. Tu przede mną stoi we własnej osobie następca korony Iwany Południowej - książę Shane Windsor.
Strażnicy salutują mu z szacunkiem.
- A oto i ona. - książę uśmiecha się w moim kierunku i omiata moje ciało wzrokiem. Jego czarne włosy są idealnie uczesane, a szmaragdowe oczy śmiecą jak dziecku na widok lizaka. Narasta we mnie irytacja. Co tu się u diabła dzieje?
- O co tutaj chodzi? - mówię ostro. Czuję mocne pociągnięcie za kajdany. Zaciskam zęby, żeby nie krzyknąć.
- Okaż szacunek księciu! - warknął strażnik.
- Wolę zjeść pokrzywy! - odwarkuję, patrząc na księcia, który nie wiem czemu nadal się uśmiecha. Kolejne pociągnięcie za kajdany zwala mnie z nóg. Upadam na ziemię.
- Ma być nie naruszona. - rozkazuje książę z powagą. Mam nieodpartą ochotę go uderzyć. Strażnicy dźwigają mnie na nogi. Boli mnie każda komórka mojego ciała. Energia pragnie dać upust paląc, zatapiając, trzęsąc i powodując huragan.
- Mam dla ciebie propozycję. - mówi nagle książę.
Podnoszę na niego wzrok moich niebieskich oczu.
- Zamieniam się w słuch, Wasza Wysokość. - ripostuje sarkastycznie. Strażnicy są wściekli, ale nic nie robią.
- Zacznę od tego, że wiemy o twoich zdolnościach. - zasycha mi w gardle.
- Jak? - zbywa mnie pachnięciem ręki. Znowu mam ochotę mu przyłożyć.
- Nieistotne - odpowiada. - Jednak twoje zdolności mogą uratować twoją rodzinę. - zaciskam pięści. Robi mi się zimno ze zdenerwowania. Widząc moją reakcję, książę robi kilka kroków w moją stronę. Dopiero z bliska dostrzegam jak przerażająco przystojny jest zastępca tronu. Mój rozum wymierza hormonom siarczysty policzek.
- Moja propozycja jest taka ... - patrzy mi oczy. Przypominam sobie plotki jakie krążyły o księciu w mieście. Arogancki, przystojny i pewny siebie chłopak, który zmienia damy jak rękawiczki. - ... mój ojciec potrzebuje twoich mocy i wiedzy, aby odpierać i zidentyfikować Buntowników w zamku.
Uśmiecham się na myśl, że moi ludzie tak daleko zaszli.
- Myśli książę, że się zgodzę? - unoszę brwi, rozbawiona. On też wydaje się zadowolony.
- Myślę, że tak. Bo w grę chodzi życie twojej rodziny. - strach narasta w moim gardle.
- Umowa jest taka. - odsuwa się i teraz z rękami za plecami, przemieszcza się po pokoju. - Jeśli się zgodzisz pomóc, twoi rodzice i ty, zostaniecie uniewinnieni, a oni zostaną wypuszczeni.
- A jeśli nie? - pytam pewnie. Nawet nie wiem dlaczego mój głos się nie załamał.
- Wtedy oni zginą, a ty i tak nam pomożesz. - kolana mam jak z waty. Nie mogę oddychać. Znowu robi mi się zimno. Następują długi chwile ciszy. Mój mózg analizuje wszystko bardzo dokładnie. Jeśli zgodzę się dobrowolnie - ocalę ich. Jeśli nie - umrą. Przebiega mnie nieprzyjemny dreszcz, kiedy podejmuję decyzję.
To przed mnie tu jesteśmy. Gdybym jako małe dziecko nie dała się złapać. Gdybym nie biegała wtedy po ogrodzie, oni nie musieli by dołączać do Buntowników, którzy żądali tego po ocaleniu mnie. Nie złapaliby nas. Żylibyśmy z nienawiścią, ale przynajmniej bylibyśmy bezpieczni. Łzy frustracji cisnęły mi się do oczu. Odpędziłam je.
- Zgodzę się na wszystko, jeśli oni zostaną przy życiu.
tumblr_mch3y622T51ri3wwqo1_500.jpg

Nie możesz dodać komentarza.

  Wyświetlanie: od najstarszego | od najnowszego